Pierwszego maila z propozycją napisania książki dla wydawnictwa Nasza Księgarnia otrzymałam… w czerwcu 2018 roku! Nie zliczę, ILE rzeczy wydarzyło się od tamtego czasu 😉 zmieniliśmy mieszkanie, urodziłam synka, zaczęłam pracę w szkole baletowej, założyłam firmę (tak… O tym Wam jeszcze nie opowiadałam!).
W dzisiejszym wpisie opiszę dla Was proces powstawania książki “Mój balet. Opowieść o tańcu: od szkoły do sceny”. Książka jest pracą wspólną- Joanny Kończak i moją. Taki był zamysł od samego początku realizacji tego dużego projektu. W kolejnej części tekstu przeczytacie co o pracy nad książką ma do opowiedzenia Joasia.

Pomysł na książkę

Propozycja wydawnictwa od razu mi się spodobała! Przedstawienie świata baletowego oczami tancerki czynnie uprawiającej ten zawód oraz miłośnika sztuki baletowej. Muszę zaznaczyć, że książka jest pracą wspólną, co od początku było ustalone. Joasia Kończak jest wieloletnim widzem naszych spektakli i prawdziwym miłośnikiem baletu. Kwestie poruszane w książce są odpowiedziami na najbardziej nurtujące wszystkich widzów kwestie. Joasia, dzięki temu, że jest stałym widzem spektakli baletowych, zadawała mi mnóstwo pytań odnośnie kulis naszej pracy. A to są pytania, które interesują każdego. Dlatego w książce został poruszony każdy aspekt zakulisowej pracy nie tylko artystów baletu, ale również inspicjenta, orkiestry, ekipy technicznej obsługującej spektakle.

PRACA NAD KSIĄŻKĄ

Pisanie pierwszych rozdziałów polegało na spisaniu naszych wielogodzinnych rozmów. Szczegółowo opowiadałam Joasi jak wygląda nauka tańca, w jakim wieku najlepiej jest zacząć, gdzie oraz kiedy myśleć o profesjonalnej nauce.
Szeroko omówiłysmy zagadnienie nauki baletu od najmłodszych lat. Dowiecie się na co zwracać szczególną uwagę, gdy szukacie odpowiednich dla Waszych dzieci czy dla Was zajęć z baletu.
Kolejno w książce przeczytacie o pracy w teatrze. Ale nie tylko o pracy tancerki baletowej, a przede wszystkim o całej oprawie, która tej pracy towarzyszy. Dowiecie się kim jest inspicjent i dlaczego jest on dla nas niezastąpiony, kim jest BALETMISTRZ i dlaczego nie wolno go mylić z najlepszym tancerzem w zespole… 😉
Dodatkowo, opowiadałam Asi o wielu, wielu najróżniejsze anegdotach, które pamiętam ze spektakli i które po dziś dzień wywołują uśmiech na mojej twarzy.
Podstawy techniki
Rozdział opisujący życie i pracę w teatrze jest najbardziej obszernym rozdziałem w książce. Ale ja osobiście największym sentymentem darzę rozdział o podstawach techniki. Tak się cieszę, że udało nam się stworzyć mini kompendium wiedzy o technice tańca klasyczne. Zostało ono zilustrowane zdjęciami autorstwa Tomasza Fabianskiego, a towarzyszy mi w nich Adam Huczka. Obaj są absolwentami Warszawskiej Szkoły Baletowej i moimi kolegami z zespołu Polskiego Baletu Narodowego.
Dzięki Joasi i całemu wydawnictwu mogłam opowiedzieć historię, która stanowi ogromną część mojego życia. Historię, która ukształtowała mnie i całe moje życie zawodowe.

A jak to wyglądało od mojej strony? Opowiada Joasia:

Chwilami nie czułam, że pracuję, a byłam rozradowanym dzieckiem, które ktoś wpuścił do fabryki czekolady. W końcu mogłam poznać odpowiedzi na najróżniejsze nurtujące mnie pytania oraz zajrzeć za kulisy czy do sali ćwiczeń. Aż sama sobie zazdroszczę ; ).

Pomysł narodził się podczas którejś z wydawniczych burz mózgów. Córeczka Kasi (czyli redaktor prowadzącej naszej książki) akurat zafascynowała się tańcem, co zainicjowało rozmowę o balecie. Ja zaś bardzo się zżymałam na brak publikacji, które w prosty i popularyzatorski sposób mogłyby wprowadzić w baletową tematykę. I tak to się zaczęło. 

Kim jest redaktor prowadzący? Trzymając się terminologii teatralnej, powiedzmy, że to ktoś w stylu reżysera, kto odpowiada za ostateczny kształt książki i współpracę różnych tworzących ją osób (oraz za całe mnóstwo bardzo niewdzięcznych formalności). Z Kasią ustaliłyśmy, że baletowa książka, jaką sobie wyobrażamy, nie powinna być tylko suchym zestawem wiadomości, a osobistą historią kogoś, kto umie zarażać innych swoją pasją. A że od dawna czytywałam blog Anety, wybór tej osoby był bardzo prosty.

Po tym, jak wstępnie z Anetą omówiłyśmy, jak wyobrażamy sobie treść, pierwszym krokiem było opracowanie konspektu. Wtedy powstał podział na poszczególne części i zarys ich zawartości. Mogłyśmy zacząć właściwą pracę: serię dłuuugaśnych, podzielonych tematycznie nasiadówek. Przygotowywałam się do nich trochę jak do wywiadów. Aneta jest wymarzoną rozmówczynią i do tego urodzoną gawędziarką, więc na pytania odpowiadała bardzo obszernie. A potem moja już była głowa, jaką nadać tym opowieściom strukturę, formę i rytm. Wymagało to ode mnie nieco wchodzenia w rolę – bo lwia część tekstu jest przecież w pierwszej osobie. Zatem musiałam dbać, by było tam słychać Anetę. Miejscami włączałyśmy w tekst archiwalne materiały blogowe (jak na przykład o doborze point, kontuzjach czy makijażu scenicznym) – tylko nieco przeredagowane. Czasem było na odwrót – i nasza rozmowa inspirowała później nowy wpis. Oczywiście pomagało mi bardzo, że pracę Anety znałam z perspektywy widza. Dzięki temu wiedziałam, że muszę, koniecznie muszę, zapytać, jak to jest wykonywać na pogrążonej w półmroku scenie, i to jeszcze na pochylni, Królestwo Cieni z Bajadery albo jak od strony realizacyjnej wyglądał taniec w deszczu w jednym ze spektakli. Z dużą fascynacją słuchałam przedstawieniowych anegdot i historii o różnych sytuacjach awaryjnych. Co zabawne – jedną to ja mogłam opowiedzieć Anecie. Jak to możliwe? Ona wtedy nie tańczyła, a ja byłam na widowni podczas „pechowego” spektaklu. 

Kiedy dany rozdział był już gotowy, Aneta zgłaszała różne uwagi i jeszcze dłubałyśmy, poprawiałyśmy, uzupełniałyśmy, zmieniałyśmy. Tak naprawdę różne części powstawały nieco inaczej. Rozdział „techniczny” dostarczył największych atrakcji, bo wymagał zorganizowania sesji zdjęciowej (odbyła się w maleńkim studiu, ponoć niełatwo było w nim skakać czy robić podnoszenia;)). Aneta wybrała elementy, które chciała pokazać (i kostiumy do ich prezentacji). A gdy fotograf przesłał gotowe zdjęcia, ramię w ramię siedziałyśmy przy laptopie i mozolnie opracowywałyśmy maksymalnie zrozumiałe omówienia. Z kolei przy rysie historycznym prowadziłyśmy luźne rozmowy o dziejach baletu. Aneta pomagała mi uporządkować moją wiedzę, zaglądałyśmy do różnych źródeł i ustalałyśmy, jakie elementy powinnyśmy tu zawrzeć: od menuetów na dworze Ludwika XIV, przez reformę Noverre’a, po rewolucję Marty Graham. Podobnie było z omówieniami baletów, uformowałyśmy kółko dyskusyjne. A listę tytułów dobrałyśmy tak, by pokazać przekrój, zarówno balety z żelaznego klasycznego repertuaru – jak Jezioro łabędzie, jak i te współczesne, w przełomowych choreografiach Jiří Kyliána czy Williama Forsythe’a. 

W końcu postawiłyśmy ostatnią kropkę… ale to wcale nie oznaczało zakończenia pracy. Szczególnie dla mnie – bo w tym przypadku jestem nie tylko współautorką, lecz także pracowniczką wydawnictwa. Zatem jestem zaangażowana w to, co się dzieje aż po wysłanie książki do druku. Nie ma taryfy ulgowej – chociaż sama piszę i redaguję, również moje teksty muszą wpierw trafić do redaktora językowego. Redaktor jest jak szlifierz, tyle że nie pracuje z cennymi kamieniami, a słowami. Poprawia potknięcia językowe, wyłapuje nielogiczności i niekonsekwencje, sprawdza różne podane informacje (na przykład zapis nazwisk, daty) oraz masę rozmaitych drobiazgów, z których zwykły czytelnik nawet nie zdaje sobie sprawy. Zredagowany tekst wraca do autora, a gdy poprawki są już zaakceptowane, można przystępować do projektowania layoutu oraz składu – nadania plikom tekstowym i materiałom ilustracyjnym formy książki. Naszą (łącznie z okładką) zaprojektowała Marta Krzemień-Ojak, a proces koordynowała niezastąpiona Kasia. Graficzka dostała wraz z tekstem wiele zdjęć. Część to były znane Wam zjawiskowe fotografie Ewy Krasuckiej ze spektakli Teatru Wielkiego-Opery Narodowej, część – różne sesje Anety. Potrzebne były również ilustracje z agencji fotograficznych – choćby do części historycznej. Oj, pamiętam te długie godziny wertowania przepastnych agencyjnych zasobów, ale dzięki temu nasi czytelnicy i czytelniczki mogą „zobaczyć” Bronisławę Niżyńską czy Annę Pawłową. Do zdjęć, które ostatecznie trafiły do książki, trzeba było przygotować podpisy – niby drobiazg, ale też żmudna robota. 

Graficzka przedstawiła Kasi kilka propozycji layoutu (a potem też okładki), aż w końcu powstały ostateczne i zaakceptowane wersje. Pierwszy skład też przechodził jeszcze metamorfozy, a gdy wreszcie był gotowy, można było przystąpić do korekt. Jest ich więcej niż jedna – różne osoby czytają tekst i zaznaczają na nim poprawki. Im więcej par oczu, tym lepiej. A i tak zwykle się przekradnie jakaś podstępna literówka czy inna psota chochlika drukarskiego. 

Poza zwykłymi korektami w naszym przypadku miała też miejsce konsultacja merytoryczna, a więc bardzo mądra osoba przeczytała książkę, by wyłapać ewentualne potknięcia faktograficzne, które wymęczonym wielokrotną lekturą autorkom już umykały (jeszcze raz dziękujemy, pani Katarzyno!). A na głowie redaktor prowadzącej pozostał ogrom papierkowej roboty związanej z różnymi formalnościami oraz dziesiątki wiadomości do różnych osób i instytucji. W końcu pliki mogły trafić do druku… Potem, jak wiecie, nie obyło się bez perypetii, bo z powodu pandemii kwietniowa premiera przesunęła się na jesień. Cały pachnący farbą drukarską nakład prosto z drukarni wylądował na kwarantannie. Teraz trafia do księgarń, gdy pracę wznawiają teatry…

Nie wymieniłam tu wszystkich, którzy brali czy biorą udział w pracach (w tym na przykład osób z działu promocji i działu praw albo dbających o dystrybucję), bo omawianie mogłoby puchnąć w nieskończoność. Ale widzicie, że powstawanie książek to zupełnie jak tworzenie spektakli praca wybitnie zespołowa, w której każdy ma swoje zadanie i efekt końcowy wynika ze wspólnego wysiłku. 

A po tym, jak spędziłam z Anetą tyle czasu, mogę Wam potwierdzić, że baletnice jedzą (nawet bagietki z dżemem!), a do tego zdarza im się słodzić herbatę. Nie są też chyba wcale takie okropne, skoro tyle czasu minęło od zakończenia pracy nad książką, a my się nadal kumplujemy. Zdradzę też, że choć na naszych spotkaniach roboczych byłyśmy bardzo zdyscyplinowane i starałyśmy unikać dygresji, zdarzało się, że jednak zdryfowałyśmy w rozmowie. Ciekawi Was, jaki to niezwykle poważny temat może połączyć tancerkę baletu i panią z wydawnictwa? Otóż… filmy z uniwersum Marvela i Gwiezdne wojny.

Joanna Kończak

Książka ma swoją premierę 2 września 🙂 mogę Wam zdradzić, że w środowe popołudnie wybieram się do Empiku w Arkadii 🙂 To nie żadne spotkanie autorskie, o takim będziemy Was ewentualnie informować, ale jakbyście chcieli żebym się podpisała na Waszym egzemplarzu to wiecie, gdzie mnie szukać 😉

Napisz komentarz